|
|
Najlepsze oferty!
Humor!
- Co mowi dzem jak sie go otwiera?
- ...
- "Dzem dobry"
- Gdzie lezy Wachock?
- Trzy rzuty beretem od Starachowic.
- Dlaczego juz nie ma balow przebierancow w Wachocku?
- Bo raz corka soltysa przebrala sie za akumulator i ja cala noc ladowali...
A OTO NIEZNANY FRAGMENT POEMATU Adama M. PT.
JAK Pan Tadeusz robi? prawo jazdy:
Natenczas na dziedziniec "Polonez" si wtoczy?.
Stan?. Prychn?. Zafuka?. Pod dw┴ si potoczy?.
Wysiad? z niego pan m?ody. Kada polska dusza
Domy?la si, e chodzi tu o Tadeusza.
Teraz zamkn? swe cudo, poklepa? dwa razy,
Ju do domu mia? rusza?, gdy nadszed? Gerwazy
Wraz z pikn Telimen, Hrabi, Podkomorzym,
Kt┴y spojrza?, w┌ zoczy? i jak gdyby oy?.
- Due toto! Wymaga w prowadzeniu wprawy -
Rzek? i spyta? niezrcznie: - Grat prosto z naprawy?
- Eh! jkn? Tadeusz nieco rozelony.
- Skrzyni bieg─ zmieni?em, dwie felgi, opony
I pod?og co nieco zniszczon przez deszcze...
Spojrza? w niebo i doda?: - A B▆ wie, co jeszcze...
- I ja wiem!- Telimena b嶔n?a zmieszana.
- Za?o si, e nowe: przeguby, membrana...-
Urwa?a, bo Protazy zbliy? si w uk?onach
I rzek? z lekkim podziwem:- O, pani szkolona!
- Tak!- na to Telimena.- Kiedy? w Peterburku
Dosta?am "Prawo ...
Przyszedl do ministerstwa interesant i zanim wszedl do gabinetu ministra,
pare razy zawolal "O kurwa!". Sekretarka poucza:
- Niech pan tak nie klnie. Za chwile bedzie pan
rozmawial z ministrem!
- O kurwa, to co mam zrobic?
- Niech pan zamiast "kurwa" mowi "zaba"...
Wreszcie mezczyzna wchodzi do gabinetu. W progu sie potyka, juz chce zaklac,
ale wola:
- O zaba, potknalem sie!
Na to minister:
- A skad sie ta kurwa tu wziela?
to jest to co *MEKUNIO* wyrabia ze znikiem, karpiem
i innymi superlamerami (IRC-operatorzy) oraz zwyklymi
lamerami.
Dlaczego blondynka wdrapuje sie na szklana sciane?
Zeby zobaczyc, co jest po drugiej stronie.
- A jaki jest najniebezpieczniejszy pocisk na swiecie?
- Tez kobieta: wpada w oko, rani serce, szarpie nerwy, dziurawi kieszen
i wychodzi bokiem.
Przychodzi mucha do sklepu i mowi:
- prosze kilo kupy.
ekspedient:
- co ?
- gowno !!
Opisy gg!
Oko za oko, non za nos, a czemu dupa za pieni康ze ? :)
Mokrego jajka i smacznego 鄉igusa dyngusa
Jecha rolnik drog poln, ko這 chaty w s逝p pier*****
~~nwet papier toaletowy wie,瞠 trzeba si rozwijac~~
sprzedam siostre na czesci luba zamienie na brata do remontu:p:P:P:P
przed rozmow ze mn skonsultuj si z lekarzem lub farmace速
Please forgive me I can
ka盥y ma sw鎩 celw 篡ciu-moim jeste ty
Uczmy sie zasad 3 z: Zapamni皻a, zda, zapomnie ;-))))))))
Kocham deszcz...bo tylko on na mnie leci!!:-)
Strefa gracza...!
Wiedza powszechna!
Brazylia. Historia.
Brazylia. Historia. Najstarsze 郵ady osadnictwa na terenach dzisiejszej Brazylii datowane s obecnie na ok. 46 tys. temu. Kraj zamieszkany przez Indian (Tupi-Guaraní, Arawakowie, Karaibowie, Aymoré), zosta 1500 odkryty przez Portugalczyk闚 (P.A. Cabral) i na mocy uk豉du w Tordesillas (1494) wzi皻y przez nich w posiadanie (nazwa Brazylii od eksportowanego st康 pocz徠kowo drewna zw. pau brasil). A do po這wy XVII w. Portugalczycy walczyli o te ziemie z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami. Do kolonizacji wybrze瘸 przyst徙iono ok. 1530. W 153436 podzielono kraj na dziedziczne kapitanie, pozostaj帷e pod zwierzchnictwem kr鏊a Portugalii, a 1549 powsta urz康 gubernatora kr鏊ewskiego. Pierwsz stolica zosta這 miasto Salvador de Bahia na p馧nocy (do 1762). Do wzrostu warto軼i Brazylii jako kolonii przyczyni造 si zak豉dane w XVI w. wielkie plantacje trzciny cukrowej i bawe軟y, na kt鏎ych pracowali sprowadzani masowo z Afryki niewolnicy. W ko鎍u XVII i pocz徠ku XVIII w. odkr...Azerbejd瘸n. Historia.
Azerbejd瘸n. Historia. W X lub IX w. p.n.e. na skutek ekspansji Asyrii w rejonie jeziora Urmia powsta這 pa雟two Mana, jego stolic by這 Izirtu, le膨ce w dorzeczu D瘸gatu, w VII w. p.n.e. podbite przez Med闚. W 550 p.n.e. wesz這 w sk豉d pa雟twa perskiego, a nast瘼nie od 334 p.n.e. imperium Aleksandra III Wielkiego. W 330 p.n.e. w鏚z medyjski Atropat na po逝dniu Azerbejd瘸nu za這篡 w豉sne pa雟two, zwane w staroperskim Aderbadagan, po gr.ecku za Atropatena. P騧niej Arabowie zacz瘭i u篡wa nazwy Aderbajd瘸n lub Azerbajd瘸n. Na teren ten oddzia造wa造 wp造wy kultury hellenistycznej i perskiej. W I w. p.n.e. w豉dcy Atropateny musieli uzna si za wasal闚 Armenii, nast瘼nie sta豉 si prowincj Partii. W 224 n.e. zosta豉 w陰czona w sk豉d pa雟twa Sasanid闚. Za ich rz康闚 w Atropatenie silne wp造wy uzyska manicheizm. Ziemie p馧nocnego Azerbejd瘸nu nazwano Albani (Kaukask). W wyniku arabskiej ekspansji Azerbejd瘸n w 1. po這wie VIII w. zosta podporz康kowany muzu軛anom. Narzucany lud...
Encyklopedia!
MODERNIZM Modernizm, Walter Gropius, Graduate Center, Harvard, 1950
zesp馧 r騜norodnych, wielotorowych zjawisk artystycznych zachodz帷ych g. w sztukach plast. pod koniec XIX i w pocz. XX w. (ok. 1880-1910); nazwa od franc. s這wa "moderne" oznaczaj帷ego w j瞛yku krytyki franc. wszystko, co "nowe", wsp馧czesne, niekonwencjonalne. M. uosabia postaw reformatorsk wobec istniej帷ego porz康ku 鈍iata i otwart na wszystkie zmiany postaw 篡ciow, fascynacj technik, wielkie nadzieje zwi您ane z nadchodz帷ym wiekiem maszyny; w jego ramach mie軼i造 si r騜ne kierunki, szko造, grupy artystyczne, poszukiwania nowych, dotychczas nie eksploatowanych 鈔odk闚 wyrazu w sztuce oraz poszukiwania stylistyczne, zw. w architekturze i wzornictwie przemys這wym. Najpe軟iej m. w tym okresie przejawi si jako styl zw. we Francji L'art Nouveau, w Niemczech Jugendstil, w Anglii modern style, w Austrii Die Sezession, w Polsce secesja b康 modernizm; z m. wi捫e si te zjawisko symbolizmu, a tak瞠 budzenie si w w...TOΠTOJ Ilia Repin, Lew To連toj
Lew To連toj
pisarz i my郵iciel ros., jedna z najwi瘯szych postaci literatury 鈍iatowej, kt鏎a wywar豉 wp造w na jej rozw鎩 w XX w.; 1843-47 studiowa prawo i arabistyk w Kazaniu; 1851 wyjecha na Kaukaz, gdzie wst徙i do wojska i bra udzia w walkach z plemionami g鏎alskimi, 1853-56 uczestniczy w wojnie krymskiej, w kampanii ba趾a雟kiej oraz w obronie obl篹onego przez desant franc.-ang. Sewastopola; po upadku miasta wyjecha do Petersburga i zg這si dymisj z armii; 1857 i 1860-61 podr騜owa po Europie; 1862 o瞠ni si z c鏎k zamo積ego moskiewskiego lekarza, Zofi Bers i osiad w rodzinnej Jasnej Polanie k. Tu造; prowadzi w闚czas dzia豉lno嗆 pedagogiczn w鈔鏚 ludu (w latach 70. napisa kilka elementarzy i zbior闚 czytanek). Debiutowa trylogi sk豉daj帷 si z powie軼i Dzieci雟two, Lata ch這pi璚e i M這do嗆; utwory te wykazywa造 dalek id帷 niezale積o嗆 T. od modnych w闚czas tendencji lit. i filozoficznych (romantyzmu i klasycznej filozofii niem.), sk豉...
Wielka literatura!
Ala ju przesuwa tapczany...
- Prawie! - przyzna豉m. Mama roze鄉ia豉 si.
- Niemo磧iwe jeste軼ie! Niech ona tylko nie szaleje na tej jednej nodze! W jaki spos鏏 zawiadomisz Marcina? Przecie dzi jest ju pi徠ek. Jutro?
- Tak. Zwykle spotykamy si w drodze do szko造. On do swojej budy idzie t sam ulic... Mama pokr璚i豉 g這w.
- Chyba na tej zasadzie, 瞠 wszystkie drogi prowadz do Rzymu... - zw徠pi豉.
W sobot rano z oboj皻n min zakomunikowa豉m Marcinowi: - Chcia豉bym, 瞠by przyszed do mnie jutro o pi徠ej!
- Jak to do ciebie?
- Do mnie. Wiesz przecie, gdzie mieszkam?
- Mamy nie b璠zie?
- Mojej mamy cz瘰to nie ma w domu, ale wtedy nie zapraszam ci, Marcin! Mo瞠 zauwa篡貫?
- Och, ty j璠zo! Nie zauwa篡貫m... Uszy odmrozi貫m przez te twoje zasady!
- Nie podobaj ci si?
- Hm... - roze鄉ia si - podobaj mi si... - powiedzia cichutko i rozwlekle. Zawsze m闚i cichutko i rozwlekle rzeczy szczeg鏊nie dla mnie mi貫.
- Wi璚 powiedzia豉 mamie, 瞠 si spotykamy? - zapyt
e.
Za przyk豉dem niebieskim wszystko si sp騧ni這
Na ziemi; byd這 po幡o na pasz ruszy這
I zdyba這 zaj帷e przy p騧nem 郾iadaniu;
One zwyk造 do gaj闚 wraca o 鈍itaniu,
Dzi, okryte tumanem, te mokrzyc chrupi,
Pan Tadeusz 247
Adam Mickiewicz
Te, jamki w roli kopi帷, parami si kupi
I na wolnem powietrzu my郵 u篡 wczasu;
Ale przed byd貫m musz powraca do lasu.
I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie 酥iewa,
Otrz御n掖 pierze z rosy, tuli si do drzewa,
G這w wciska w ramiona, oczy znowu mru篡
I czeka s這鎍a. K璠y u brzeg闚 ka逝篡
Klekce bocian; na kopach siedz wrony zmok貫,
Rozdziawiwszy si ci庵n gaw璠y rozwlok貫,
Obrzyd貫 gospodarzom jako wr騜by s這ty.
Gospodarze ju dawno wyszli do roboty.
Ju zacz窸y 積iwiarki sw piosnk zwyczajn,
Jak dzie s這tny ponur, t瘰kn, jednostajn,
Tem smutniejsz, 瞠 d德i瘯 jej w mg喚 bez echa wsi彗a;
Chrz御n窸y sierpy w zbo簑, ozwa豉 si 陰ka,
Rz康 kosiarzy otaw siek帷ych wci捫 brz彗a,
Pogwizduj帷 piosenk; z ko鎍em ka盥
w czasie wojny jak na czterech tuz闚:
Lud bitny, a od czas闚 pana Tadeusza
Ko軼iuszki 鈍iat takiego nie mia genijusza
Wojennego jak wielki Cesarz Bonaparte.
Pami皻am, kiedy przeszli Francuzi przez Wart,
Bawi貫m za granic wtenczas, w roku Pa雟kim
Tysi帷znym osimsetnym sz鏀tym; w豉郾ie z Gda雟kiem
Handlowa貫m, a krewnych mam wielu w Pozna雟kiem.
Je寮zi貫m ich odwiedzi; wi璚 z panem J霩efem
Grabowskim, kt鏎y teraz jest rejmentu szefem,
A pod闚czas 篡 na wsi blisko Obiezierza,
Polowali鄉y sobie na ma貫go 德ierza.
By pok鎩 w Wielko - Polszcze, jak teraz na Litwie;
Wtem nagle rozesz豉 si wie嗆 o strasznej bitwie;
Przybieg do nas pos豉niec od pana Todwena,
Grabowski list przeczyta, krzykn掖:
Ja, z konia zsiad連zy, zaraz pad貫m na kolana,
Dzi瘯uj帷 Panu Bogu.
Pan Tadeusz 281
Adam Mickiewicz
Do miasta jedziemy
Niby dla interesu, niby nic nie wiemy,
A tu widzimy: wszystkie landraty, hofraty,
Komisarze i
|
Maz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami.
- Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz?
- Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi?
- Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac...
- No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec...
- Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach?
- Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze...
Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic.
- Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas?
- Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania...
- Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak?
Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic.
- Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie.
Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach.
- Lezy w moim pokoju. Bo co...?
- Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje...
W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl.
- Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela.
- Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc...
Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce.
Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow.
- Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie.
- Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz.
Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu.
- Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem.
- Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec...
- Rozpakowac...?
Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. Kiedy ockna si z omdlenia i otworzy oczy, wyda這 mu si, 瞠 jest w wi瞛ieniu. Mia wra瞠nie, 瞠 le篡 na twardej pryczy, w ciasnej i niskiej celi, w g喚bi wyraznie zarysowa這 si ma貫, okratowane okno.
Nie zaniepokoi si tym odkryciem. Jest noc - pomysla tylko. Nawet go to nie zainteresowa這, w jaki si tu spos鏏 dosta. Zamkna z powrotem powieki i tak le瘸 d逝窺za chwil.
Dopiero szum wiatru i g這sy uswiadomi造 mu pomy趾. Od razu przypomnia sobie miniona godzin, wszystko a do ostatniego b造sku przytomnosci. C騜 za historia! L瘯i, widziad豉, urojone rozmowy, goraczkowa maligna, stek chorobliwych bredni. Stwierdza to jednak oboj皻nie, bez wzruszenia, jakby w tym wszystkim nie bra bezposredniego udzia逝, lecz pozostawa z daleka w roli widza.
Czu si zreszta teraz znacznie lepiej. Gdy usiad, nie zakr璚i這 mu si w g這wie, mina r闚nie m璚zacy bezw豉d cia豉, kt鏎e chocia dalekie od spr篹ystosci, pozwala這 ju przecie soba kierowa. Pierwszych kilka ruch闚 wykona sztywno i niepewnie, jakby by manekinem. Jeszcze nie dowierza. Ale gdy wyprostowa si i stana na nogach, wstapi豉 w niego otucha. Nie bez z這sliwej uciechy pomysla o policjantach, kt鏎ych tak zr璚znie umia pozostawi poza soba. Wr鏂i豉 mu i sprawnos myslenia. Orientujac si wed逝g przebytej drogi, m鏬 przypusci, i wed逝g wszelkiego prawdopodobie雟twa znajdowa si gdzies w okolicy Wo趾owyska. Przedostania si do miasta wola nie ryzykowa. Zaspokoi g堯d- to by這 obecnie najwa積iejsze. Nie czekajac na swit, postanowi natychmiast, korzystajac z os這ny nocy, wyruszy na poszukiwanie jakiejs wsi. By pewny, 瞠 instynkt go nie omyli i dobrze poprowadzi.
Wygramoli si z sza豉su i poszed w kierunku, w kt鏎ym uczyni pierwszy krok. Przyzwyczajony do cz瘰tego przebywania w ciemnosciach, szybko oswoi si z terenem. Po zapachu mokrade domysli si, 瞠 idzie wzd逝 rzeki. B鏎 sosnowy w tym miejscu by wysoki i g瘰ty, lecz brak krzak闚 u豉twia posuwanie si naprz鏚. Ju po paru minutach Morawiec odr騜nia ci篹kie i twardo mrok 興obiace cienie pni. Wymija je pewnie, o篡wiony ruchem szed coraz szybciej, ostry wiatr siek go po twarzy, nie czu jednak ch這du. By這 mu lekko, prawie radosnie. Wsr鏚 tego wewn皻rznego upojenia traci chwilami swiadomos, i znajduje si w lesie. Wysokie szumy ogromnymi wodospadami raz po raz sp造wa造 na ziemi, i oto, jakby zap這dnione tym o篡wczym deszczem, wyrasta造 nagle pod nogami puszyste trawy, wolna przestrze 豉k otwiera豉 si doko豉, wiatr nastraja cia這 pospiesznym i szerokim oddechem. Wyda這 si Morawcowi, i tylko patrze, a gwa速owniejszy podmuch sp造nie snopem swiat豉, rozewrze w g鏎ze ciemnosci i wielkie niebo nocy wstanie wysoko, pe軟e gwiazd wirujacych bezszelestnie: obszar bezkresny, pod kt鏎ego bezpieczna os這na uspiona noc wolno toczy swoje pola, miasta, lasy i rzeki. Kilka razy zawadza o wystajace korzenie, traci r闚nowag, lecz machinalnie wyprostowywa si i szed dalej nie zauwa瘸jac nawet potkni耩. Coraz wyrazniej zdawa sobie spraw, 瞠 musi si spieszy i ani na chwil nie wolno mu zatrzyma si i odpocza. Mia niejasna, lecz uporczywa pewnos, 瞠 gdyby teraz przystana - natychmiast wszystko by si odmieni這. Znajdowa si w stanie podobnym do marzenia p馧sennego, kiedy prze篡wa si powiewne obrazy pe軟e napi璚ia nerw闚, lecz wie si jednoczesnie, i obok, jakby o krok, stoi i czeka inna rzeczywistos i tylko nieznaczny ruch wystarczy nieuwa積ie w jej kierunku uczyni, aby jak wirom rzeki pozwoli si jej wciagna. Pocza go ogarnia niepok鎩. By這 mu coraz gor璚ej, palto zapi皻e pod szyj utrudnia這 oddech. Rozpia je wi璚, odwina szalik, czapk zsuna z czo豉.
Nagle poczu, 瞠 grunt pod nogami staje si mi瘯ki. Zrobi jeszcze kilka krok闚: ziemia wyraznie ugina豉 si. Bagna! - przemkn窸o mu przez g這w. Skr璚i raptownie w bok, rzuci si ca造m cia貫m, ale ledwie dotkna nogami ziemi, uswiadomi sobie, i szybko zapada si w grzaskie mokrad這. Instynktownie wyciagna przed siebie ramiona. Nie znalaz 瘸dnego oparcia, powietrze wymkn窸o mu si z d這ni jak osliz豉 ryba, szarpna si, chcia si podzwigna, uwolni nogi oblepione ju po kolana g瘰ta mazia. Gdy wypr篹y a do b鏊u musku造 plec闚 i ju si zamierza poderwa do rozpaczliwego skoku, zawirowa這 mu w g這wie, a w g鏎ze wysoko ponad soba, jakby w przelocie, ujrza czarne, 這poczace skrzyd豉 sosen. Jednoczesnie md造 od鏎 bagniska uderzy go w nozdrza, pod palcami poczu lepka wilgo. Krzykna.
Ju si nie zastanawia nad celowoscia ruch闚. Jak zwierz osaczone w lesnym ost瘼ie szamota si slepo, bi r瘯oma przed siebie. Grz瞛na przecie w mokrad這 coraz g喚biej. Ju do pasa si zanurzy i ciagle jeszcze nie czu pod stopami oparcia: przepas rozwiera豉 si powoli, wch豉nia豉 szarpiace si cia這 bezszelestnie. Chcia jeszcze raz krzykna, wo豉 pomocy. Ale strach i obrzydzenie zd豉wi造 mu gard這. Us造sza jedynie st逝mione rz篹enie, nieporadny, chrapliwy be趾ot cz這wieka, kt鏎y dusi si. Koniec - pomysla. Nie czu 瘸lu, 瞠 umiera. Ogarn窸a go tylko zaciek豉 nienawis do podobnego ko鎍a, do smierci tak przypadkowej, bezsilnej i wstr皻nej. Zdawa sobie spraw, 瞠 przytomnos nie opusci go do ostatniej chwili. B璠zie dzia豉 nawet w闚czas, gdy b這to zacznie mu si wdziera do ust, zalewa uszy, potem nos, wreszcie oczy. Wzdrygna si. Zn闚 usuna si g喚biej. Wo zgnilizny, ci篹ka i duszna, przyprawia豉 go o md這sci.
By豉 cisza. Wiatr zatrzyma si gdzies ponad lasem. Tylko rozbudzone bagno dawa這 o sobie zna g逝chym bulgotem. W pobli簑, mo瞠 z odleg這sci kilkudziesi璚iu krok闚, krzykna jakis ptak. Natychmiast drugi odpowiedzia z daleka. Dzikie kaczki.
Morawiec nie rusza si. Odzyska r闚nowag, sta wyprostowany, z d這闓i lekko wzniesionymi. By這 doko豉 tak ciemno, i wzrok na pr騜no szuka jakiegokolwiek punktu oparcia. C騜? Zanim godzina przedswitu rozjasni mrok, b璠zie ju po wszystkim. Nikt nawet nie domysli si, co si tu wydarzy這 pewnej nocy. Za kilka tygodni mrozy zetna mokrad豉, spadnie snieg... Pomysla, 瞠 najlepiej uczyni przyspieszajac koniec. Im pr璠zej, tym lepiej. Przechyli si wi璚, ale zanim wykona zamierzony ruch, wyda這 mu si, 瞠 nogami opar si wreszcie o pewny grunt. By這 jednak za p霩no. Nie zdo豉 ju opanowa rozp璠u, kt鏎y sam wywo豉, gwa速owne szarpni璚ie celem utrzymania r闚nowagi sp霩ni這 si o u豉mek sekundy i Morawiec zeslizna si na bok. Upad na prawa stron, d豉wiacy ch堯d dosi璕na mu piersi, ogarna rami. Wtedy zacza krzycze.
Ksiadz Sieche us造sza ju pierwsze wo豉nie Morawca. Dobieg這 go z daleka. Natychmiast zatrzyma si. G這s przyszed od strony Zelwianki. Czy瘺y ktos zab豉dzi? Proboszcz skr璚i ze scie磬i i zacza pospiesznie is na prze豉j lasem. Po gruncie opadajacym ku do這wi lekka pochy這scia pozna, 瞠 rzeka musia豉 przep造wa niedaleko. Zwolni wi璚 kroku, wiedzac, 瞠 w tej cz瘰ci lasu zdradzieckie bagna ciagn窸y si na znacznej przestrzeni. Wiatr, wciskajacy pomi璠zy drzewa zg瘰zczony zapach wilgoci, wskazywa na bliskos mokrade.
Wo豉nie nie powt鏎zy這 si. Ksiadz Sieche przystawa kilka razy, nic jednak nie s造sza, by豉 cisza, nawet szum sosen pop造na g鏎a st逝miony. Sadzac, 瞠 uleg z逝dzeniu, zamierza zawr鏂i, gdy nagle w odleg這sci kilkudziesi璚iu najwy瞠j krok闚 rozleg si przejmujacy krzyk, g這s m篹czyzny gwa速ownie na pe軟ym oddechu wyrzucony, wibrujacy przera瞠niem, wo豉nie, kt鏎e zrazu wyda這 si kr鏒kie, lecz zanim si urwa這, przesz這 w przeciag造 skowyt, rozdzierajacy, ob豉kany ryk.
Ksiadz Sieche zadr瘸. Podobnie krzyczacych ludzi s造sza w czasie wojny. Od razu zda sobie spraw, 瞠 musi komus grozi niebezpiecze雟two.
- Kto tu? - zawo豉.
Posuna si naprz鏚 kilka krok闚 i poczu, 瞠 ziemia pod nogami zaczyna si ugina. Teraz wszystko zrozumia. Nie zastanawiajac si, 瞠 sam si nara瘸 na niebezpiecze雟two, rzuci si przed siebie w ciemnos. Grzazki grunt lekko si rozstapi i proboszcz po kolana zapad si w b這to. Ale ju przy sobie, zaledwie o par metr闚, s造sza rz篹enie cz這wieka, oddech przyspieszony, wcisni皻y gdzies nisko, jak gdyby ze dna g喚bokiej przepasci wychodzacy. W tej chwili na nowo zerwa si wiatr. Gwa速ownym k喚bem runa z wysoka. Zafalowa這 powietrze. Ksiadz Sieche, wykrzykujac jakies s這wa kr鏒kie i urywane, przechyli si i nagle, gdy wyda這 mu si, 瞠 zapada si w mroczna g豉b, uczu pod palcami zacisni皻a d這. Schwyci ja, ju ramiona tamtego cz這wieka trzyma w swoich ramionach, przyciagna je, poderwa, jakby dzwigna chcia ogromny g豉z. Mysl proboszcza pracowa豉 r闚no i spokojnie. Zdawa sobie spraw, 瞠 od tej jednej minuty zale瞠 b璠zie nie tylko 篡cie tamtego cz這wieka, lecz i jego w豉sne. Ta swiadomos doda豉 mu si. Czu, 瞠 si豉 o jaka siebie nawet nie podejrzewa, wst瘼uje w niego i na wskros przenika. Z odleg這sci czasu nigdy nie zdo豉 sobie przypomnie, w jaki spos鏏 uda這 mu si tego przypadkowo spotkanego m篹czyzn uratowa. Pozostanie mu jedynie w wyobrazni ciemnos, a w niej okrutny ci篹ar obcego cia豉, kt鏎e przyciaga ku sobie kurczowym napr篹eniem musku堯w. Mia wra瞠nie w tej chwili, jak gdyby zwar si z nieub豉ganym wrogiem, jak gdyby od tego, czy zwyci篹y, czy pozwoli si pokona, zale瘸這 nie tylko 篡cie, lecz cos o wiele wi瘯szego.
Z poczatku Morawiec by zbyt oszo這miony zjawieniem si nieoczekiwanego zbawcy, aby dopom鏂 jego wysi趾om. Gdy jednak uczu, 瞠 ci篹ar bagna usuwa si powoli z piersi, wypr篹y si instynktownie, mocniej przywar do obejmujacych go ramion. I tak przycisni璚i do siebie, z豉czeni jednym oddechem i jednym dr瞠niem, walczyli zaciekle, w skupionym milczeniu.
Ksiadz Sieche poczu wyraznie pod nogami grunt. Wpar si w niego mocno. Odetchna. Tamten za to w ostatniej chwili os豉b. G這wa opad豉 mu bezsilnie, ramiona zwiotcza造. Proboszcz pociagna go za soba jeszcze kilka krok闚. Znajdowali si ju w lesie. Ostro積ie wi璚, jakby mia do czynienia z chorym dzieckiem, u這篡 m篹czyzn na suchej ziemi.
Morawiec le瘸 bez ruchu. Ogarn窸a go niemoc podobna tej, kt鏎a nasz豉 go przed godzina w sza豉sie. Cia這 mia skostnia貫, oblepione b這tem, mimo to czu w sobie palace bolesne goraco. Szumia這 mu w g這wie. Mam goraczk - pomysla. Nagle wyda這 mu si, 瞠 cz這wiek, kt鏎y go uratowa, odszed. Zaniepokojony, podzwigna g這w.
Ksiadz Sieche, us造szawszy szmer, przykl瘯na. Morawiec uspokoi si. Z powrotem opar g這w o ziemi
kredyty mieszkaniowe
kamienica
developer
mieszkania
osiedle
|