|
|
Najlepsze oferty!
Humor!
Stoi sobie gosc i regularnie co 10 sekund klaszcze w dlonie. Ktos sie
go pyta:
- Czemu klaszczesz?
Gostek odpowiada:
- Zeby odstraszyc slonie!
- Ale tu nie ma zadnych sloni!
- No widzisz? Dziala!
wojsko26
-Skad wyjezdza czolg ?
- ... ?
-Czolg wyjezdza z nienacka.
Przychodzi kobieta do sexshopu i mowi:
- poprosze sto penisow.
ekspedient:
- co?
- chujow sto!!!
Na lekcji plastyki pani zadala dzieciom abstrakcyjny temat -
- panike. Dzieci sie mozola rysujac sceny pozarow, terroru
itp. Tylko Jasiu siedzi beztroski. Narysowal duza, czerwona
kropke.
- Co to ma byc ?
- Panika.
- Dlaczego ?
- Moja siostra kazdego miesiaca stawiala w kalendarzu
taka kropke. W tym miesiacu nie postawila. zeby pani
widziala, jaka w domu byla panika...
Hrabia:
- Janie, czy u nas w ubikacji sź dwa sznurki, czy jeden?
- Jeden.
- W takim razie znowu za?atwi?em si pod zegarem.
U dentysty w fotelu siedzi przerazony mezczyzna:
- Panie doktorze, jeszcze jedno pytanie. Czy na pewno potrafi pan
bezbolesnie wyrwac zeba?
- No, nie zawsze. Tydzien temu, na przyklad, podczas wyrywania
zwichnalem sobie reke.
- Dlaczego w Wisle utopilo sie dwoch milicjantow?
- Bo zapalali motorowke "na pych".
Maz wczesniej wrocil z pracy i zastal zone gola w lozku. Spojrzal do
gory i zobaczyl faceta siedzacego na zyrandolu.
- A to kto? - pyta zony.
- Malarz.
- A faktycznie. Jeszcze mu farba z pedzla kapie...
- Czym rozni sie rosyjska prostytutka od pizzy?
- Tym, ze pizze mozna zamowic bez grzybow.
Dlaczego milicjanci chodza trojkami?
Jeden umie czytac, drugi pisac, a trzeci pilnuje tych dwoch
intelektualistow.
Opisy gg!
...:::...Miłość- wszędzie jej pełno, a każdemu jej brak...:::...
W dupie mam miłość tak jak ona ma mnie... ;/
najwiekszy jest bol gdy rany zadaja najblizsi
DlacZeGo tY MI W GŁowIe zaWrÓcIłEŚ No DlacZeGo ..??
wesołyh świąt
Nie moge przestać o Tobie Myśleć, czy to znaczy że kocham Cię?
Każde słowo z twoich ust jest jak lekarstwo na ból...
AlE jEsTeM zAkOcHaNa... W tObiE kOtKq FoReVeR :*:*:* M :*:*:* :)
Jak to mówią Francuzi - Co stoi, to do buzi!!! :-()
Please find place for me in your heart!!
Strefa gracza...!
Wiedza powszechna!
życie,
życie, biol. zjawisko biol. złożone i wielowymiarowe, którego nie można opisać za pomocą jednej prostej definicji. Znane dotychczas wyłącznie z Ziemi i w tym kontekście definiowane w odniesieniu do 2 podstawowych znaczeń: 1) na określenie stanu materii (nazywanej organizmem) trwającego od pojawienia się (narodzin) organizmu do zakończenia jego bytu osobniczego, w większości kończącego się śmiercią (biol.); 2) na określenie dynamicznego procesu, który pojawił się na Ziemi ok. 3,8 mld lat temu, obejmującego pochodzące od jednej formy wyjściowej wszystkie istniejące w przeszłości i żyjące obecnie organizmy wraz z wszelkimi wzajemnymi relacjami i zależnościami oraz ich wpływem na środowisko. polegają na wyliczeniu zbioru owych cech, w związku z czym są najczęściej niewystarczające. Trudność zdefiniowania życia wynika z istnienia problemów w samym odróżnieniu żywego od nieżywego wyraźnie widocznych, np. w sporze dotyczącym tego czy wirusy są żywe (ponieważ w komórce gospodarza mno...Mołdawia. Literatura.
Mołdawia. Literatura. Najstarsze zachowane zabytki lit. w języku staro-cerkiewno-słow. pochodzą z XIV w.; pierwsze pisane zabytki w języku rumuńskim (dokumenty, przekłady ksiąg rel.) powstały w XVI w.; w XVII w. rozwinęło się piśmiennictwo rel. (metropolici: Varlaam i Dosoftei), historiografię XVII oraz przeł. XVII i XVIII w. reprezentowali m.in.: G. Ureche, M. Costin (piszący także w języku pol.), I. Neculce i D. Cantemir. Oswobodzenie Besarabii spod panowania tur. i przyłączenie jej do Rosji (1812) wywarło wpływ na rozkwit literatury mołd.; ważną rolę w rozwoju życia kult. Mołdawii odegrał G. Asachi, organizator szkolnictwa średniego i wydawca pierwszego mołd. dziennika; wybitni pisarze mołd. XIX w. byli jednocześnie klasykami literatury rumuńskiej, m.in.: Asachi, C. Negruzzi, C. Stamati, V. Alecsandri, A. Russo twórca krytyki lit. w Mołdawii, Hasdeu, T.L. Maiorescu, I. Creangǎ, a zwł. M. Eminescu. Kolejny etap rozwoju literatury mołd. rozpoczął się po rewolucji paździ...
Encyklopedia!
ALEKSANDRIA Aleksandria: rekonstrukcja Latarni na Faros, wg Harolda Oakleya
miasto w płn. Egipcie, u ujścia zach. odnogi delty Nilu do M. Śródziemnego, między morzem a jez. Marjut; 3,4 mln mieszk. (1995); zał. 332 p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego, od 311 p.n.e. stol. Egiptu; największe centrum handlowe świata staroż., jeden z gł. ośr. hellenistycznej nauki i kultury (słynna Biblioteka, licząca 700 tys. zwojów papirusu, stanowiąca część Muzeionu, najstarszego na świecie instytutu nauk.; spalona 640 przez kalifa Omara); do 7 cudów świata zaliczano latarnię morską na w. Faros (wys. ok. 100 m, połączoną molem z miastem, zniszczoną przez trzęsienie ziemi w XIV w.); w okresie rzymskim drugie co do znaczenia miasto imperium (ponad 1 mln mieszk.); od IV w. siedziba patriarchatu; od 642 w rękach Arabów, od 1517 - Turków, za panowania których utraciła znaczenie; 1798 podczas wyprawy Napoleona była tylko osadą rybacką; ponowny rozwój po otwarciu Kanału Sueskiego (budowa nowego portu i nowego m.), w okres...FLAMANDZKA SZTUKA Flamandzka sztuka: Rubens, Girlanda owoców, ok. 1615-17
Flamandzka sztuka: kamienice przy rynku w Brukseli
sztuka rozwijająca się w okresie od końca XVI w., czyli od momentu podziału politycznego i religijnego płd. Niderlandów, do 1830, tj. powstania niepodległej Belgii. Sz.f. wyrosła z gotyckich i renesansowych tradycji sztuki niderlandzkiej, jej rozkwit przypada na okres baroku, do czego przyczynił się mecenat dworu, kościoła katolickiego i mieszczaństwa. W dziedzinie architektury rozwija się budownictwo sakralne; kościoły wzorowane na włoskim baroku, zwł. typ Il Gesú wprowadzany przez jezuitów; z tego okresu wyróżniają się kośc.: św. Michała w Louvain i św. Karola Boromeusza w Antwerpii (autorem fasady i plafonów jest Rubens); działają arch.: W. Coebergher, P. Huyssens, J. Francart, W. Hesius (tzw. brabancki barok). Z okresu klasycyzmu (wzorowano się na budowlach franc.) pochodzi zabudowa rozciągająca się wokół Pałacu Królewskiego w Brukseli. Sz.f. to jednak przede wszystkim mal...
Wielka literatura!
się przytrafi, proszę dzwonić, ale tak, żeby was nie było widać przez okno. Telefon postawić niżej...
Pozostali dwaj hydraulicy ograniczyli swoją działalność do terenu kuchni i własności kacyka. Nie kryli swego niezadowolenia, okazało się bowiem, że większość odcisków palców na arcydziełach udało nam się bardzo porządnie zamazać. Rekonstrukcja rozdłubanych fragmentów była niezbędna, na miejscu niemożliwa, oświadczyli zatem, że zabierają całość aż do jutra i jutro rano odniosą z powrotem. Oznaczało to, że roboty wodociągowo-kanalizacyjne w domu państwa Maciejaków nieco się przeciągną i trzeba będzie uzgodnić zeznania, jakie im później złożymy w tej mierze.
Nazajutrz ekipa hydrauliczna, złożona z osób już tylko dwóch, przyniosła w skrzynce z narzędziami kacykowe precjoza naprawione tak pięknie, że mi oko zbielało. Nie było na nich ani śladu naszej niszczycielskiej działalności. Pełen zachwytu mąż pogawędził z nimi chwilę za pomocą wzorów chemicznych, po czym zostaliśmy przypilnowani, ż
zał milczenie.
Pan Tadeusz 95
Adam Mickiewicz
"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,
Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,
Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?
Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,
Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,
Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,
Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!
Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,
Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.
Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;
Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,
A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.
Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?
Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,
Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?
Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,
Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?
Terajewicza znałem, co idąc na dziki,
Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!
Pan Tadeusz 96
Adam Mickiewicz
Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy
Mama wstała z krzesła i podeszła do mnie. Jednym palcem podniosła mi brodę do góry i stwierdziła zaskoczona:
- Jesteś rozsądna, wiesz?
Sierpień nie skąpił nam cudownych dni. Wszystkie chwile spędzane z Marcinem kolekcjonowałam starannie w pamięci, cieszyłam się każdą. Był to jakiś kredyt, który pozwoliłam sobie wziąć od życia - postanowiłam się cieszyć tym, co mam, zmartwienia zostawić na później. Starannie ukrywałam przed Marcinem moje uczucia. Byłam w stosunku do niego jadowita, zgryźliwa i w ciągłej opozycji. Nie pytałam o nic. Ach, nie! Raz uległam pokusie i zadałam mu pytanie dotyczące ubiegłego roku...
Było bardzo gorąco i wracałam z siatkówki nieludzko zmordowana. Przy Parasolach spotkałam Marcina. Byłam zgrzana, zakurzona, każdy włos sterczał mi w inną stronę. A on szedł naprzeciwko mnie odprasowany i wytworny. W ręku trzymał książkę, której tytułu w pierwszej chwili nie spostrzegłam. Zawahałam się, kiedy zaproponował, żebyśmy usiedli na chwilę pod parasolem i wypili po sz
|
Rzucił się naprzód i już wczepił się dłońmi w ramiona Seweryna, gdy nisko, pomiędzy z soba zwartymi ciałami rozległ się płaski, bezdzwięczny stuk wystrzału. Nawrocki drgnał, cień bólu przemknał mu po twarzy. Ale nie puszczał, silniej jeszcze zacisnał palce, wyprężył się, nogami mocno wparł się w podłogę, jakby całym soba chciał przygniesć przeciwnika. Obaj byli równego wzrostu i Seweryn czuł na ustach goracy, przyspieszony oddech tamtego, widział dokładnie jego bliska twarz. Jaki on piękny! - pomyslał.
Patrzac w rozszerzone oczy Nawrockiego, strzelił po raz drugi. I jeszcze raz. Stał nie ruszajac się, ciagle z palcem na cynglu. Był przygotowany, że to jeszcze nie koniec. Ale zaraz po trzecim strzale Nawrocki przechylił się na bok ruchem miękkim i ociężałym, ręce opadły mu, jeszcze usiłował wyciagnać je przed siebie, lecz chwytały już tylko powietrze.
Była cisza. Niedomknięte drzwi sionki żałosnie dygotały na wietrze.
Seweryn uważnie przygladał się Nawrockiemu. Jeszcze stał, szeroko rozstawiwszy nogi. Jednak w sposób widoczny słabnał. W koszuli rozchylonej na piersiach, w obcisłych spodniach i lsniacych butach, smukły i opalony, wygladał teraz z głowa opadajaca do tyłu jak linoskoczek, który straciwszy nagle na wysokosciach równowagę, daremnie chce utrzymać w posłuszeństwie słabnace mięsnie. Czas płynał bardzo wolno.
Wtem Nawrocki wyprostował się i spojrzenie jego cierpieniem przymglonych oczu spoczęło na Sewerynie. Gejżanowskiemu serce mocniej zabiło. Ale nie odwrócił głowy. Przezwyciężył pierwszy odruch strachu. Cóż mogło mu grozić ze strony tego człowieka? Koniec. Przyjał więc to spojrzenie, patrzył z ciekawoscia, której nie chciał ukryć. Co on teraz czuje? - myslał. - Czy wie, że umiera, że to ostatnie jego chwile, czy boi się? Zapragnał takiej siły, aby mógł wedrzeć się w tego człowieka, przeniknać go, zjednoczyć się z nim na chwilę, dojsć razem aż po ów kres, który tylko tamten musiałby przekroczyć. I w tym momencie zdał sobie sprawę: cóż znaczy zabić człowieka, gdy nie może się poznać mysli umierajacego? Pozostawał sam fakt, gwałtowne przecięcie czyjegos życia, zniszczenie jakichs planów, pragnień, a z tym wszystkim uczucie poniżajacego niedosytu. Być może on teraz wie o mnie więcej, niż ja o nim... - pomyslał.
Ale Nawrocki daleki był od tego. Nie widział już Gejżanowskiego. Zdawał sobie sprawę, że tamten stoi blisko. Gdybym wyciagnał rękę - pomyslał - dotknałbym go. Cierpiał jednak tak straszliwie, iż oczy nie przyjmowały już obrazów dokoła, obojętna i obca, leżała bezkształtna miazga. Sam czuł się od tych szczatków oderwany, był jak gdyby poza wszystkim - samotny. Miał jednak zupełnie jasna swiadomosć swego końca. Ale jednoczesnie wydawało mu się, że to nie on umiera, lecz ktos inny. Był spokojny. I dopiero gdy ból, który rwał mu wnętrznosci, wżarł się głębiej, uczuł strach. Zacisnał tylko wargi, żeby zdławić jęk. Pogarda, jaka zawsze miał dla cierpienia fizycznego, odżyła w nim teraz, każac w bólu, który ciagle jeszcze nie osiagał ostatecznego dna, poszukać pomocy. Chciał do ostatecznego odruchu przytomnosci wiedzieć, że cierpi i cierpienie przezwycięża. Nagle piekacy skurcz targnał całym jego ciałem. Oszołomiony, objał brzuch dłońmi, przyklęknał, ale już tylko półswiadomie zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Upadł.
Seweryn odetchnał. Schował rewolwer i spojrzał na zegarek: było pięć po dziesiatej. Zdziwił się, że tak krótko to wszystko trwało, miał bowiem wrażenie, że znajdował się w tym pokoju już od bardzo dawna.
Nawrocki nie ruszał się. Leżał na wznak i czy podłoga była krzywa, czy też swiatło w ten sposób na niego padało, robił wrażenie, jakby głowę miał umieszczona o wiele niżej od nóg. Dzięki temu wydawał się niezwykle długi. Ale gdy Seweryn nachylił się, ciało odzyskało normalna miarę. Chcac upewnić się, przyłożył ucho do serca: nie biło. A więc po wszystkim. Zdawał sobie sprawę, że powinien natychmiast stad odejsć. Dopiero teraz zorientował się, na jak nieobliczalne puscił się ryzyko. Anna mogła przecież nadejsć każdej chwili. Mimo to nie ruszał się. Cos, czego nie umiał nazwać, ale co było silniejsze od rozsadku, nie pozwalało mu oderwać oczu od zmarłego. Twarz Nawrockiego, w ciagu ostatnich chwil zmieniona przez ból, teraz odzyskiwała swój dawny, młodzieńczy wyglad. Spokój nasycał ciemne rzęsy i lekko rozchylone usta złudzeniem snu, nad harmonijnym przegięciem szyi i naturalnym ułożeniem ramion zdawał się czuwać odpoczynek. Ale już cokolwiek dalej krwawe plamy lepiace koszulę na piersiach i na brzuchu rozpraszały to wrażenie.
Seweryn odsunał się i podniósł dłonie do swiatła. Były czyste. Ale więcej nie pochylił się nad leżacym. Ogarnęło go zmęczenie. Jutro o tej porze będę daleko - pomyslał. - Podejrzenia? Oczywiscie padna w pierwszym rzędzie na Annę...
To mu przypomniało, że musi stad szybko odejsć. swiatła nie zgasił, starannie tylko zamknał za soba drzwi. Był już na dworze, gdy od drogi dobiegł go bliski plusk błota. Ktos szedł. O powrocie nie mógł teraz mysleć. Cofnał się za róg chaty i czekał.
Dostrzegłszy w głębi ciemnosci cieniutka i dygocaca nierówno na wietrze smugę swiatła, Anna zatrzymała się. To u niego swieci się - pomyslała. I wyobraziła sobie chwilę, w której, gdy będzie już po wszystkim, poprosi Nawrockiego, aby wpuscił do pokoju nieco swieżego powietrza. W razie gdyby poprzestał na uchyleniu okna, będzie musiała zawołać: Ależ nie tak, szerzej, przecież tutaj udusić się można! Wtedy Nawrocki otworzy okno na rozcież. A co dalej? Ostry dreszcz nia targnał. Przyspieszone pulsowanie serca zmusiło ja do wsparcia się o płot. Przymknęła oczy. W pierwszej chwili miała wrażenie, że usuwa się w przepasć. Silniej więc uczepiła się chropowatej żerdzi. Stała bez ruchu, jakby w odrętwieniu swego ciała szukała ratunku.
Wiatr krętymi podmuchami wił się pomiędzy opłotkami. Pomimo ciemnosci czuło się bliska obecnosć nieba: niewidzialne chmury zdawały się płynać tuż ponad głowa. To ich ciężar musiał przygniatać szeleszczace dokoła drzewa. Niespodziewanie zaległa cisza.
Anna wyprostowała się: Wrócę - postanowiła. I już uczyniła kilka kroków w kierunku powrotnym, gdy zdała sobie sprawę, że Litowka wyszedł na pewno z domu i znajduje się gdzies w pobliżu. W każdym razie na szosie musiałaby się na niego natknać. Innej zas drogi prócz tej, która przyszła, nie było. Zawróciła więc. Znowu zerwał się wiatr, ostro zacinał od otwartej przestrzeni nadzelwiańskich łak.
Anna szła powoli wzdłuż płotu, starajac się wsród błotnistej drogi wybierać co suchsze miejsca. Miała wprawdzie przy sobie latarkę, pamiętała jednak o życzeniu Litowki, aby usiłowała się przedostać do Nawrockiego nie zauważona. Byle tylko skończyć z tym wszystkim - myslała - wrócić do domu, położyć się, zasnać... W tej chwili nie miało dla niej żadnego znaczenia, co stanie się jutro. Nie sięgała mysla poza dzisiejsza noc. Ale nie było w tym nic nowego. Jakże dobrze i z jak wielu nocy znała ów stan nerwowego napięcia, który, jak gdyby pogodzony z jej zewnętrznym odrętwieniem, zaciesniał czas do najbliższych godzin, na wszystkie dalsze rzucajac ciężki i gęsty cień. Nieraz w takich chwilach wydawało się jej, że u tej bliskiej, choć niejasno rysujacej się granicy - umrze. Nie bała się wtedy smierci. Myslała o niej jak o odpoczynku. I wszystko, co wówczas czyniła, robiło na niej wrażenie powolnego zbliżania się do długiego snu. Wzrastała w niej jednoczesnie swiadomosć własnej odrębnosci. Każdy swój ruch, każda mysl odczuwała jak należace do istoty jedynej i niepowtarzalnej. Często w takich wypadkach przypominał się jej sen, który przeżyła przed wielu latami w okolicznosciach dosć niezwykłych. Miała wtedy czternascie najwyżej lat, stało się to bowiem w niecałe dwa lata po smierci matki. Niedaleko domu Podhaliczów, przy końcu waskiej i starymi ruderami zabudowanej uliczki, w dolinie, u której dalekiego kresu sina smuga znaczyły się lasy, leżał rozległy staw. Gdy nastawały ciepłe dni, wszystkie dzieci z miasteczka zbiegały się tam do kapieli. Pomimo zakazu opiekunów Annie udawało się czasami wymknać z domu. Cóż to była za radosć znalezć się wsród wolnej przestrzeni, pod niebem pełnym słońca, na wietrze, który wynurzajace się z wody ciało natychmiast osuszał. Anna nie umiała pływać. Chcieli ja wprawdzie uczyć znajomi chłopcy, zawsze jednak, gdy przyszło do przekroczenia płytkiego pasma w pobliżu brzegu, brakło jej odwagi. Nie umiała przezwyciężyć strachu, jaki w równym stopniu co zachwyt, ogarniał ja wobec tej spokojnej i rozległej przestrzeni. Ale raz, w pewien upalny dzień lata, zdarzyło się, że zapomniawszy na chwilę o ostrożnosci posunęła się cokolwiek dalej w głab i gdy nagle straciła grunt pod nogami, było już za pózno, aby mogła zawrócić. Wtedy to własnie, w ciagu kilku minut, zanim rybacy wyciagnęli ja z wody nieprzytomna, przysnił się jej ów dziwny sen. Ujrzała siebie w długiej, białej szacie u stóp ogromnych, wysoko ku górze spiętrzonych schodów. Purpurowa materia okrywała stopnie, a dokoła równymi rzędami, niby promienie słoneczne zastygłe w locie, biegły smukłe i strzeliste złote kolumny. Nie zdajac sobie sprawy, gdzie się znajduje, instynktem raczej kierujac się niż okreslonym celem, zaczęła powoli wspinać się po schodach. Wtedy kolumny, jakby nagle ożyły - zafalowały spiewnie i podobne swiatłu, które gra pełnia południowego blasku na dojrzałych drzewach, poczęły płynać ku górze. Uczuła się wtedy, jak nigdy jeszcze dotad, lekka i radosna. Nagle zdała sobie sprawę, że z chwila, gdy znajdzie się na szczycie schodów, będzie musiała z nadmiaru szczęscia umrzeć Ogarniało go coraz większe podniecenie, ów niepokój, który zawsze się w nim odzywał, gdy wiedział, że zło może być posłuszne jego woli, kiedy mógł je obserwować w zwolnionym działaniu, w saczeniu się kropla po kropli, podobne truciznie pozornie kuszacej, a dopiero po chwili zniekształcajacej rysy twarzy. Przypomniało mu się, że ulubionym jego zajęciem w latach chłopięcych było mordowanie wszystkich napotkanych po drodze stworzeń: muchy odarte ze skrzydeł wbijał na szpilkę i trzepocace się podpalał, rozdeptywał motyle, ostra laska przygważdżał żaby, zabijał jaszczurki i swierszcze, rozkopywał i burzył mrowiska. Kiedy w dwunastym roku życia otrzymał od ojca flower, rozpoczał systematyczne tępienie wiewiórek. Najwięcej jednak zadowolenia dał mu pewien dzień póznego lata, gdy przyczaiwszy się w rowie koło słupów telegraficznych zastrzelił jaskółkę. Po raz pierwszy odczuł wówczas cierpka radosć towarzyszaca łamaniu uswięconych zwyczajów.
I w tym momencie pomyslał, że niedaleka być może jest chwila, kiedy w Michasiu, z pewnoscia nie splamionym dotychczas żadnym brudnym uczynkiem, odezwie się okrucieństwo. Kogóż może to ominać? Kogo stać, aby zdołał wyłamać się z ogólnego prawa natury? Gdyby nie lęk przed dorazna kara, któż by nie zabijał, kto umiałby osłonić się przed pokusami, które pragna karmić się złem? Wtem uczuł, że jednoczesnie z tymi myslami, niby w innej rzeczywistosci, istniał w nim jakis nieokreslony i nieuchwytny głos. Miał takie wrażenie, jakby czegos zapomniał.
Poderwał się z krzesła nieopanowanym ruchem i tak szybko cofnał się w stronę okna, że nie zauważył nawet, kiedy Michas także wstał. Wzrok jego przykuł duży krzyż odcinajacy się od pobielanej sciany ciemnym, chropowatym drzewem. Sewerym zdziwił się, że dopiero teraz go dostrzegł. Chociaż krzyż wisiał na wprost wejscia, dokładnie pamiętał, iż gdy wszedł do pokoju, sciana wydała mu się pusta.
Po krótkiej ciszy nowe natarcie wiatru zabrzmiało wzmożonym natężeniem, jakby spętane nocne siły wszystkie razem zerwały się z uwięzi i podobne skrzydlatym szatanom spadły gniewnym kłębowiskiem na ziemię.
Seweryn drgnał. Zdał sobie nagle sprawę, jaki to głos przed chwila dawał w nim o sobie znać. Usłyszał wyraznie słowa, których kiedys, gdy przystępował po raz pierwszy do komunii, uczył się na pamięć: Panie, nie jestem godzien, abys wszedł pod dach mój, ale rzeknij słowo, a będzie zbawiona dusza moja. Usłyszał to zdanie nasycone tym samym przelotnym wzruszeniem, z jakim je wówczas za kapłanem powtarzał. Ujrzał biały ornat triumfujacy czerwienia krzyża, złoty kielich a wyżej monotonny nieomal dotykalny szept księdza: Corpus Domini nostri Jesu Christi custodiat animam tuam in vitam aeternam.
Ocknał się usłyszawszy głos chłopca. Ale nie zrozumiał słów. Spojrzał w jego stronę:
- Mówiłes cos?
- Wychodzi już pan? - spytał tamten z akcentem zawodu.
Seweryn powtórzył machinalnie:
- Czy wychodzę?
I niespodziewanie ożywił się.
- Nie, oczywiscie, że nie wychodzę! Skadże? Nawet mi to do głowy nie przyszło. Co za pomysł! Obiecałem ci przecież opowiedzieć... No i cóż mi się tak przypatrujesz, jakbys ducha zobaczył?
Michas zbladł i cofnał się.
- Dziwnie pan tak teraz wyglada...
Seweryn rozesmiał się hałasliwie.
- Ja dziwnie? Wydaje ci się, mój mały. Dlaczegóż miałbym dziwnie wygladać.
Przeciagnał jednak niespokojnie dłonia po twarzy, jakby chciał siebie w ten sposób sprawdzić. Cos go musiało zastanowić, bo szybko nachylił się w stronę lampy.
- Chodz no tutaj! - skinał na chłopca.
Michas zbliżył się.
- Co dziwnego zobaczyłes we mnie? No, mów! Słyszysz? Czego stoisz i gapisz się? Masz mi w tej chwili powiedzieć. Co jest we mnie dziwnego?
Nie mogac się doczekać odpowiedzi, chwycił Michasia za rękę
developerzy
domy
developer
osiedla
materiały budowlane
|